CIMP

Przez długie lata polski miłośnik dobrego dźwięku musiał zadowalać się aparaturą z Pewexu, której jakość była, powiedzmy, dyskusyjna. Teraz, kiedy mamy w kraju kilkudziesięciu dystrybutorów wszelkiego rodzaju magicznych klocków (począwszy od tych budżetowych, a skończywszy na astronomiczne drogich), coraz silniejszą prasę branżową i coraz lepiej osłuchanego klienta dawne czasy zbywa się pełnym pobłażania uśmieszkiem, za którym kryje się niedowierzanie, jak można było uważać te prostackie pudła za rzecz wartą najmniejszej uwagi. Wraz ze wzrostem sprzętowej świadomości odkryliśmy, że i nagrania płytowe coraz rzadziej spełniają nasze oczekiwania akustyczne i coraz rzadziej zaspokajają potrzebę otaczania się możliwie najlepszym dźwiękiem.
Zniecierpliwiony audiofil, nie zawsze wyrafinowany meloman, zaczął nerwowo rozglądać się za czymś co mogłoby, w połączeniu z aparaturą tych wyższych kategorii cenowych, poruszyć jego wielce wyśrubowany dźwiękowy gust. I tu na horyzoncie pojawiły się tak zwane firmy audiofilskie, które zagadnienia technicznej realizacji brały sobie wyjątkowo do serca. Iluż to ludzi do dziś trzyma na płytowych półkach domowego sanktuarium audio pozycje, które z większą atencją podchodzą do skrzypnięcia stołeczka, czy zadyszki kontrabasisty niż do artystycznego waloru płyty, albo też lansują teorię o tym jak to mile szeleszczące czynele przybliżają nas do dźwiękowej prawdy. Pozwolą Państwo, że nazw firm produkujących te superaudiofilskie potworki nie wymienię, nie chcę bowiem niepotrzebnie ranić czyichś uczuć.
W zamian za to pozwolę sobie zwrócić uwagę na istnienie takiej wytwórni, której udało się połączyć oba walory - nagrywanie znakomitej muzyki i nadawanie jej doskonałej akustycznej formy, a więc osiągnąć to, co dla większości jest sprawą bez mała niemożliwą. Jest to Creative Improvised Music Projects, w skrócie CIMP, firma amerykańska, której siedziba, to znaczy biura i administracja, mieści się w Cadence Building w Redwood w dystrykcie Nowy Jork (w tym samym miejscu gdzie rozlokowała się znana większości miłośników jazzu firma Cadence - wydawca płyt i muzycznej prasy).
CIMP jest młodą firmą, do takiego przynajmniej wniosku doprowadza przestudiowanie jej katalogu płytowego. Pierwsza sesja, opatrzona numerem 101, nagrana została w 1995 r. i w tym samym roku wydana, stając się pierwszym woluminem tak zwanej Spirit Room Series. W realizacji wszystkich projektów bierze udział niemal identyczny zespół. Sprawami produkcji zajmuje się Robert D. Rush, inżynierią dźwięku - Marc D. Rush, stroną graficzną (okładki płyt utrzymane są w jednolitej stylistyce rysunków dla dzieci) Kara D. Rush. Wygląda to na firmę rodzinną, w której każdy znakomicie zdaje sobie sprawę, jaki ma być ogólny wizerunek wytwórni.
Jak wynika z nazwy firmy, mamy tu do czynienia z repertuarem o ściśle improwizowanym rodowodzie. Wśród artystów współpracujących z wytwórnią znajdziemy zarówno muzyków młodych i stosunkowo mało znanych, jak i gwiazdy, których działalność na jazzowej scenie trwa od lat i niejednokrotnie owocowała bardzo poważanymi przez fachową literaturę płytami. Do tej drugiej kategorii, która siłą rzeczy stanowi (przynajmniej na pierwszy rzut oka) o atrakcyjności oferty CIMP, należą takie sławy jak brytyjskie trio Evan Parker / Bary Guy / Paul Lyton. To właśnie, nagrana przez nich płyta „The Redwood Sessions”, z numerem 101, otwiera katalog firmy.
Dwie pozycje: „Bodies And Soul” oraz „Vision Blue” zarejestrował tu jeden z najciekawszych saksofonistów nowoczesnego jazzu Frank Lowe. Gwoli przypomnienia, jest to muzyk należący historycznie do grona tenorzystów postcoltrane’owskich, któremu jednak udało się nie ulec wpływowi wielkiego mistrza i stworzyć własny oryginalny język saksofonowy. Innym ważnym muzykiem, którego popularność osiągnęła największe nasilenie w latach 60. i 70., jest puzonista Roswell Rudd. W barwach wytwórni zarejestrował on dwie płyty, szczególnie ciekawe, jak sądzę, dla miłośników talentu bardzo niedocenionego pianisty i kompozytora Herbie Nicholsa. „Unheard Herbie Nichols Vol. I i Vol. II”, nagrane zostały w trio z gitarą i perkusją i zawierają nie rejestrowane dotychczas kompozycje Nicholsa. Tak na marginesie, Rudd, będący nie tylko znakomitym muzykiem i pionierem awangardowego jazzu na puzon, ale również znawcą etnomuzykologii (wspólne prace z Allanem Lomaxem oraz objęcie katedry profesorskiej w tej dyscyplinie na University Of Marine) jest także znany jako zagorzały entuzjasta muzyki Nicholsa oraz propagator jego twórczych idei. Jemu między innymi należy przypisać dające się zauważyć w ostatnich latach wzmożone zainteresowanie twórczością przedwcześnie zmarłego pianisty.
W gronie największych sław współpracujących z CIMP znajdują się też Odeon Pope, Kalaparush Maurice McIntyre, związany przez lata z Anthony Braxtonem, Paul Smoker, Ivo Perelman, jeden z najbardziej oryginalnych saksofonistów altowych Arthur Blythe, Joe McPhee (nagrywający niegdyś w legendarnej Hat Hut Records), Sonny Simmons, Marshal Allen, Tyrone Hill, reprezentująca chicagowską awangardę formacja Ethnic Heritage Ensemble z Khalilem El’Zabarem na czele oraz również przez niego prowadzona grupa Ritual Trio, w składzie której usłyszeć możemy Ari Browna i współtwórcę Art Ensemble Of Chicago, basistę Malachi Favorsa.
Obok poważanych w świecie jazzu postaci, CIMP zaprasza także wielu mniej lub nawet mało popularnych muzyków, którzy jednak cieszą się bardzo dobrą opinią w środowisku profesjonalnym i których wypłynięcie na szersze wody jest pewnie tylko kwestią czasu. Nie sposób rzecz jasna wyliczyć wszystkich zasługujących na uwagę, ale kilku z często przewijających się przez studio nagraniowe firmy muzyków wydaje się być szczególnie ważnych. Do tego grona należy puzonista Steve Swell - jeden z filarów znakomitej formacji prowadzonej przez perkusistę Joeya Barona, grupy Barondown. Dla CIMP nagrał on do tej pory trzy płyty: w duecie w Chrisem Kelseyem „Observations”, z Roswellem Ruddem „Out And About” oraz z własnym kwartetem „Moons Of Jupiter”. W nagraniu tej ostatniej brał udział m.in. kontrabasista Dominic Duval, który co prawda ma na swoim koncie tylko jedną autorską płytę „Dominic Duval’s String Ensemble”, ale za to uczestniczył w wielu CIMP-owskich sesjach jako sideman, a ostatnio też stał się członkiem zespołu wielkiego Cecila Taylora, z którym zagrał wiele koncertów oraz dwie płyty „Qu’a” i „ Qu’a Yuba” dla pokrewnej Cadence Records.
Inni godni uwagi to pianista Joseph Scianni (znakomita płyta w duetach z M. Whitecagem, T. Ulrichem, D. Duvalem i J. Rosenem), perkusiści Jon Hazilla i Greg Bendian (przez większość kojarzony chyba tylko z trzypłytową sesją Bailey, Metheny, Bendian, Wertico, zatytułowaną „Sign Of Four”) czy saksofonista i klarnecista Vinny Golia.
Po liście muzyków odwiedzających Studio Spirit Room w Rossie koło Nowego Jorku widać wyraźnie, że albo producent CIMP stworzył sobie grono ulubionych twórców, albo coś przyciąga muzyków do tej niezwykłej wytwórni. Najprawdopodobniej i jedno i drugie. Trzeba jednak jasno powiedzieć, że warunki, jakie zapewnia firma nagrywającym w niej muzykom są niezwykłe: dużo czasu na pracę, zaciszne i spokojne otoczenie, niemal na łonie przyrody, które sprzyja z jednej strony rozluźnieniu, z drugiej jednak maksymalnej koncentracji (jak się okazuje jest ona niezbędna nie tylko, aby nagrać całość tak jak było to w zamierzeniach artystycznych, ale też, aby dokładnie oddać brzmienie instrumentów w czasie nagrywania).
Wierność wydaje się być jednym z wielu priorytetów w pracy reżyserskiej firmy. Każdy muzyk, niezależnie od tego czy jest znany na świecie czy nie, ma swoje własne brzmienie. To nie powinno dziwić. Nie sposób przecież, aby dwóch saksofonistów tenorowych zadęło dźwięk C w taki sam sposób. U jednego będzie on miękki, u drugiego twardy, jeden zagra go z większym inny z mniejszym udziałem szmerów pochodzących z ustnika, wreszcie każdy z nich zastosuje inne wibrato. Takich czynników definiujących brzmienie jest znacznie więcej, dotyczą one każdego instrumentu i każdego muzyka, cała sztuka zaś polega na tym, aby zarejestrować dźwięk w formie możliwie najbliższej prawdzie. Idea akustycznej wierności dotyczy również obrazu dźwiękowego całej nagrywającej formacji oraz poszanowania osobistych upodobań muzyka. W skrócie, jeżeli basista uważa, że brzmienie jego instrumentu jest najwspanialsze bez amplifikacji, to trzeba go nagrać bez amplifikacji. Tak naprawdę bowiem liczy się tylko zgoda z akustyczną rzeczywistością, cała reszta zaś jest tylko kwestią techniczną, która w rękach tak sprawnego reżysera jakim jest Marc D. Rusch staje sprawą bez znaczenia.
Kolejną restrykcyjnie przestrzeganą zasadą jest taka realizacja nagrań, aby oddane zostało całe spektrum dynamiczne zarówno poszczególnych instrumentów, jak i całego zespołu oraz relacje dynamiczne pomiędzy poszczególnymi instrumentalistami. Stąd też wyjątkowa pieczołowitość przy ustawianiu mikrofonów. Dokładność wykonania tej czynności musi być bez zarzutu, gdyż cały band jest potem nagrywany na żywo i, oczywiście, prosto na dwa ślady cyfrowego magnetofonu. Taka procedura, wspomnijmy zachowywana przy każdej sesji nagraniowej, jest bardzo wymagająca dla muzyków. Muszą oni bowiem dokładnie zdawać sobie sprawę nie tylko z jakości swojej gry, ale też słyszeć wszelkie niuanse tonu i artykulacji oraz związki, w jakie wchodzi ona z pozostałymi muzykami sesji. Poprawek, nakładek, cięć, dogrywek, sztukowania tu być nie może, bowiem zachwiana zostałaby równowaga tonalna całej muzycznej wypowiedzi, a to jest ostatnia rzecz, jakiej chcieliby doczekać czarodzieje z CIMP. Specyfika poszczególnych sesji nagraniowych jest zresztą dość szczegółowo omawiana w tak zwanej Recording Engineer’s Note, dołączanej do każdej płyty. Warto się z nią zapoznać, czasem bowiem aż trudno uwierzyć z jakimi problemami przychodzi się inżynierowi uporać. Powiecie Państwo, że to przecież istny cyrk, z całym tym technicznym ekshibicjonizmem i dorabianie ideologii do rutynowego procesu rejestracji. Tymczasem okazuje się, że płyty CIMP brzmią zupełnie inaczej niż nawet najlepsze realizacje innych firm, o tych uważanych za audiofilskie nawet nie wspomnę.
Nie da się ukryć, purystyczne przestrzeganie prawideł oraz bezkompromisowość w działaniu doprowadziła do powstania pewnej, może nawet nowej, jakości technicznej realizacji. Czy płyty CIMP są lepiej nagrane niż inne czy nie? Na to pytanie trudno odpowiedzieć. Rozstrzygnięcie tej kwestii w znacznej mierze zależy do przyjętych przez słuchaczy kryteriów. Z płytami tej firmy należy postępować w sposób określony. Instrukcja dołączana do każdej z nich informuje, że głośność należy ustawiać podczas najbardziej dynamicznych fragmentów i na rozsądnym poziomie, nie potrzeba przejmować się tym, że niektóre ciche momenty będą słabo słyszalne, bowiem proporcje dynamiczne nie są tu przypadkowe i w oczywisty sposób odzwierciedlają zamierzenia muzyków. Po raz pierwszy też spotkałem się z tak jasno wyrażoną postawą: „...nagrania CIMP nie są stworzone po to, aby traktować je jak element tła...”, powinno się ich słuchać w skupieniu i w warunkach, w których odbiór muzyki nie jest zakłócany niczym z zewnątrz.
Jeżeli więc zależy Państwu na wierności akustycznej prawdy, oczekujecie przeżycia porównywalnego z koncertowym, chcecie usłyszeć z płyty CD dźwięki dynamiczne, z oddechem i jesteście w stanie poświęcić dla tych wartości nawet prosto pojęty komfort i odsłuchowy relaks to płyty Creative Improvised Music Projects na zawsze zagoszczą w waszych płytotekach.


Maciej Karłowski

 

Płyty wytwórni CIMP dostępne w ofercie GiGi Distribution

www.gigicd.com