dizim

Jakże trudno jest znaleźć dziś taką firmę, której rozwój można byłoby śledzić od samego początku, a jednocześnie żeby była ona dostępna w Polsce i to na dodatek w absolutnie oficjalnej, a nie jak to się często zdarzało i nadal zdarza, nieoficjalnej dystrybucji. Większość towaru, na jaki się decydują rodzimi dystrybutorzy to firmy sprawdzone, często z długoletnim stażem w świecie jazzowym. I nie powinno to właściwie nikogo dziwić, bo podjęcie ryzyka sprowadzenia płyt mniej znanych to nie przelewki. Kto bowiem podejmie się sprzedaży nikomu nieznanego towaru? Komu wystarczy chęci aby poświęcić swój cenny czas na dokładne poznanie oferty i, co jeszcze rzadsze, kto pokocha to na tyle, aby móc skutecznie i bez nadmiernego „podkładania się” zarekomendować ją potencjalnemu klientowi, który - co do tego nie ma wątpliwości - raczej nieufnie podchodzi do rzeczy dotychczas się nieznanych? O tego rodzaju kłopotach doskonale wiedzą wszyscy ci, którzy podjęli trud wypromowania nowych, ale często wspaniałych firm, wiedzą też, że aby mieć w takiej działalności jakiekolwiek osiągnięcia potrzebny jest właściwy rezonans w gronie sklepikarzy, wśród których bardzo, ale to bardzo rzadko zdarzają się otwarci na nowe, a jeszcze rzadziej naprawdę kompetentni.
Mimo to od czasu do czasu zdarzają się właściciele firm dystrybucyjnych podejmujący, chyba tylko w imię własnej niepohamowanej pasji muzycznej, ryzyko handlowania takim towarem.
W krakowskiej firmie GiGi Distribution tego rodzaju propozycji jest bardzo dużo, niemniej jednak zainteresowanie się czymś tak małym, jak dizim records budzi podziw. Kiedy założyciel GiGi ofiarował mi katalog tej maleńkiej, dopiero startującej firmy, serce zabiło mocniej. Na pięciu wydanych przez nią płytach znaleźli się artyści, którzy zawsze wywołują u zainteresowanych mocniejszym jazzem kolekcjonerach nielekkie mrowienie. Początkowe zainteresowanie jednak szybko ustąpiło. Doświadczenie podpowiedziało, że zanim będzie okazja posłuchać tych domniemanych rarytasów upłynie tyle czasu, że pierwszy zapał ulotni się podczas długich miesięcy oczekiwań. Tymczasem w nieco ponad miesiąc od wspomnianego spotkania, przy kolejnej wizycie w dawnej stolicy wręczono mi pakiet czterech płyt i to dokładnie tych, których niepokorna chęć poznawania tak silnie się domagała. Mam więc teraz okazję i przyjemność zaprezentowania Państwu tej zdobyczy w całości.
 
Oto one:
Trio 3
Live In Willisau

Dla jazzfana rozmiłowanego w jazzowej awangardzie i wszelkich odmianach free już sam skład budzi nie tylko głębokie zainteresowanie. Trio 3 to grupa, w której spotkały się trzy legendarne postacie świata jazzowego, co więcej - postacie, które raczej można darzyć zaufaniem. Każda z nich na swój sposób przyczyniła się do rozwoju muzyki jazzowej: Oliver Lake - saksofon altowy - głównie jako członek wybitnego World Saxophone Quartet, Reggie Workman - kontrabas - będąc swego czasu członkiem zespołów Johna Coltrane’a, zaś Andrew Cyrille - perkusja - występując w niezliczonych składach, począwszy od Illinois Jacqueta, Stanleya Turrentine’a poprzez wszystkich najważniejszych awangardowców jak C. Taylor, A. Braxton, M.R. Abrams, C. Bley.
Wyobrażam sobie, że zaproszeni oni zostali na festiwal w Willisau jako jedna z głównych atrakcji. Koncert, którego jesteśmy świadkami odbył się w 1992 r., tak więc nagranie nie należy do najnowszych. Nic to jednak nie szkodzi. Muzyka, jaką proponuje zespół raczej nie będzie podlegać procesom starzenia. Zawiera się w niej wszystko, co najlepsze w dorobku tych muzyków, a więc ogromna muzykalność, wspaniała muzyczna wyobraźnia pozwalająca tak zorganizować ilość i jakość zdarzeń, że słuchacz otrzymuje ponad godzinę zdecydowanego, szalenie otwartego grania na doskonałym poziomie wykonawczym. Muzycy ci nie raz już współpracowali ze sobą, znają więc swoje możliwości na tyle dobrze, że śmiało można powiedzieć, iż nie potrzebują nic oprócz siebie aby stworzyć interesujący muzyczny spektakl. Zwróćmy uwagę choćby na otwierającą płytę kompozycję Lake’a „I Would Like Too”. Rozpoczyna się ona tematem tak banalnym, że aż chwilami trudno uwierzyć, że to, co następuje dalej ma z nim coś wspólnego. Kiedy jednak po solach kompozytora i basisty temat powraca, jasnym staje się, że instrumentaliści tego formatu potrafią czynić prawie cuda. Płyta zawiera w sumie 6 utworów, są wśród nich dzieła wszystkich trzech muzyków, każdy z nich bowiem wykazuje skłonności w kierunku kompozycji. Nie to jednak wydaje mi się najmocniejszą ich stroną. Zarówno Lake, Workman, jak i Cyrille to wyśmienici improwizatorzy, otwarci na to, co w muzyce zdarzyć się może i świadomi, że tym, co nadaje jazzowi owej niepowtarzalności jest własny, szczery język, naturalnie stopiony z innymi w jeden głos.
 
Roscoe Mitchell Trio
The Day And The Night

 
Wiadomo, Roscoe Mitchell to filar wspaniałego The Art Ensemble Of Chicago - zespołu, którego istnienie jest jednym z klejnotów w koronie chicagowskiej sceny awangardowej. Jednak jak to często się zdarza udział w jednym tylko artystycznym przedsięwzięciu, nawet jeżeli jest ono takiego formatu, nie do końca zaspokaja potrzeby wypowiedzi, toteż często R. Mitchell staje na czele własnych formacji, o bardzo różnej liczebności. Nie wszystkie jego solowe projekty zdobyły uznanie krytyki, ma on jednak grono wielbicieli uważających go nie tylko za najważniejszego członka AEOC, ale też i za jednego z najciekawszych multiinstrumentalistów na freejazzowej arenie.
Do nagrania „The Day And The Night” zaprosił on dwóch muzyków. Jednym z nich jest stary kompan ze wspomnianego już The Art Ensemble Of Chicago - kontrabasista Malachi Favors oraz nie znany mi, sądząc z fotografii, bardzo młody perkusista Gerald Cleaver. Materiał został w całości nagrany 11 i 12 grudnia 1996 r. w Southport Studios w Chicago, jest to więc produkcja raczej świeża. Wszystkie dostarczone na płytę kompozycje są autorstwa lidera. Nie da się ukryć, że na tytuł artysty wysoce oryginalnego zasłużył sobie w pełni.
„The Day And The Night” składa się z 8 utwórów i można je podzielić na dwie grupy. Pierwsza to kompozycje oparte na, użyjmy określenia, w miarę tradycyjnie pojętej sekcji rytmicznej, gdzie bas i perkusja nadają muzyce siłę i rytmiczną podstawę, na bazie której opowiada swą historię lider. Druga zaś składa się z utworów o znacznie rozluźnionej formie, raczej unikających tematów i rytmicznej stanowczości, ale skupiających się zdecydowanie na kolorycie brzmieniowym poszczególnych instrumentów. O ile w pierwszej słuchamy Mitchella - rasowego improwizatora, o tyle w drugiej jawi się on jako bardzo subtelny architekt nastroju, jeszcze bardziej niż zwykle eksponujący ogromnie bogaty ton swego instrumentu rozpięty na tle, pozornie pozbawionej formy, ażurowej konstrukcji, misternie i z wielkim wyczuciem tkanej przez sekcję. Nie pomyślcie Państwo, że twórczość Mitchella nabrała charakteru intelektualnego eksperymentowania z materią dźwiękową. To nie tak.
Dwutorowość przebiegu nie jest u niego czymś zupełnie nowym. Miała już miejsce wcześniej, choćby na płycie „Hey! Donald”, wydanej przez Delmark i o ile tam wzbudzała u mnie lekki niedosyt, tutaj mam wrażenie kontaktu ze znacznie bardziej spójnym pomysłem na całość.
O umiejętnościach muzyków raczej nie ma co mówić. Są znakomite, do czego w przypadku lidera i basisty można było się przez lata przyzwyczaić, ale zaskakują w przypadku perkusisty, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę jego młody wiek.
Kolejne dwie pozycje, choć zawierają porcję solidnego muzykowania na wysokim poziomie, mają charakter trochę ciekawostkowy. Pierwsza z nich to:
 
Beaver Harris Trio
Thank You For Ears

 
Perkusista Beaver Harris nie jest postacią zbytnio znaną, ale uważni melomani będą wiedzieli, o kogo chodzi. W toku swej profesjonalnej kariery dokonał wielu występów i nagrań o niemałym znaczeniu. Wspomnijmy choćby sesje z Albertem Aylerem, Sonny Rollinsem, Chetem Bakerem, Archie Sheppem, Stevem Lacy oraz współudział w powstaniu jednej z najważniejszych płyt dla freejazzu, jaką jest z pewnością „Jazz Composers Orchestra”.
Omawiana płyta nagrana została w 1984 r., podczas 19. Niemieckiego Festiwalu Jazzowego we Frankfurcie. Tak jak w przypadku poprzednio omawianych, tak i ta nagrana jest w trio, z tą jednak róznicą, że liderowi towarzyszą Hamiet Bluiett - saksofon barytonowy, klarnet i flet altowy oraz Vincent Taylor na.... steel drums. Trzeba powiedzieć, że nie jest to zestawienie standardowe, ale z doświadczenia wiadomo, że ostatecznie nie rodzaj instrumentów, ale klasa muzyków decyduje o artystycznym walorze.
W tym wypadku wspomniana klasa jest co najmniej znakomita, odnoszę jednak wrażenie, że koncepcja gry w takiej obsadzie instrumentalnej stworzona była raczej na siłę, albo na poczekaniu. Owszem, brzmi to interesująco, bo Bluiett to wielki saksofonista, Harris także, a i Taylor demonstruje niezwykły, chyba z nikim nie porównywalny poziom gry na steel drum, ale im dłużej słucham tej płyty, tym mniej odnajduję w niej porywających fragmentów. Trochę szkoda, bo wszystko rozpoczyna się obiecująco. Z ogromną intensywnością i siłą zagrany „Well Kept Secret” Harrisa zapowiada, że będzie ciekawie, niestety z każdym następnym utworem energia maleje, a pomysły stają się o wiele bardziej banalne. Bardzo szkoda, wierzę bowiem, że nawet przy tak dziwnym instrumentarium można by dokonać bardziej porywającego nagrania.
 
Miya Masaoka Trio
Monk’s Japanese Folk Song

 
To ci dopiero dziwadło. Wiele razy słyszałem bardzo nietypowe zestawenia instrumentów. Odkąd jazz zaadaptował dorobek kulturowy krajów takich jak Indie, kraje bliskowschodnie i przede wszystkim muzykę pierwotnej Afryki, możemy słuchać improwizacji na sitar, sarangi, oud, nay, korę i tysiące bardziej egzotycznych instrumentów, ale żeby grano go na koto - narodowym instrumencie Japonii? Tego jeszcze nie było. Nie dosyć, że koto, to jeszcze w całe to zamieszanie wplątano kompozycje....samego Theloniousa Monka. Biedaczysko, pewnie przewraca się w grobie. W najśmielszych sennych majakach nie przypuszczał, że powstanie zjaponizowana wersja „Round Midnight”, „Monk’s Mood”, „Evidence” czy „Epistrophy”.
Z trudem się człowiek przyzwyczaja do takich pomysłów, ale skoro oryginalną wizję Japonki poparły takie giganty jak Andrew Cyrille - perkusja i Reggie Workman - kontrabas, warto poświęcić trochę czasu i zapoznać się z tematem.
Moim zdaniem to, co zrobiła Masaoka na tej płycie nie wnosi zbyt wiele do jazzu, nie wzbogaca tej muzyki na tyle, żeby poważnie mówić o jakimś wkładzie w rozwój, jest raczej ciekawostką, materiałem kolekcjonerskim dla wszystkich monkofilów i tropicieli jazzowych dziwności. Ale proszę mi wierzyć, płyty słucha się znakomicie. Brzmienie koto wprowadza nawet do absolutnie niejapońskich melodii nastrój szalenie skupionego, filozoficznego, kontemplacyjnego zamyślenia. Właściwie jedynie „Evidence” i „Epistrophy” odbiegają od tej reguły. Tam mamy dla odmiany próby jazzowe, i co ciekawe, nawet zupełnie udane. Na tle doskonale swingującej sekcji Japonka improwizuje z nieoczekiwaną pomysłowością i polotem. Ale to tylko krótki trzyminutowy przerywnik. Potem na nowo wraca nastrój niczym z ogrodu Zen, szczególnie wyraźnie dający o sobie znać w Shintoistycznej impresji na temat „Round Midnight”. Znakomicie znajdują się w tym otoczeniu Cyrille, a szczególnie Workman.
Mam świadomość jednorazowości tego rodzaju przedsięwzięć, ale naprawdę jest tu czego słuchać. Kiedy uda się Państwu przestać przykładać do tej płyty kryteria iście jazzowe i uwolnić się od patrzenia nań jak na chory wybryk muzycznej wyobraźni, zrobiony z nudów, wtedy mam nadzieję przemówi ona najsilniej.
 
Gdyby chcieć dokonać podsumowania, scharakteryzować działalność firmy i określić jej miejsce na fonograficznej mapie jazzu to bez wątpienia należy ją zaliczyć do grona firm z ambicjami. Inaczej zamiast gwiazd jazzowej awangardy lista nazwisk obfitowałaby w mnożące się zastępy, niestety tak jak uzdolnionej, tak raczej bezwyrazowej muzycznie młodzieży. Nagrania realizowane są w USA, wydawane zaś w Niemczech. To jednak nie powinno nikogo dziwić. Od lat już przecież najznakomitszy jazz pochodzi zza oceanu i od lat najlepszy klimat wydawniczy odnajduje w Europie. Kolejną ważną rzeczą w związku z dizim records jest jakość techniczna samych nagrań. Ta bowiem stoi na najwyższym poziomie i chociaż w świadomości wielu audiofilii nic nigdy nie dorówna Chesky’emy, Telarcowi czy DMP, to warto pamiętać, że po prostu dobrze nagranych płyt jest znacznie więcej niż ww. firmy nam oferują.

 
Maciej Karłowski

 

Płyty wytwórni dizim dostępne w ofercie GiGi Distribution

www.gigicd.com