Pojawienie się na rynku płytowym firmy Winter & Winter zawdzięczamy, jak to bardzo często bywało przy okazji innych płytowych labeli, krakowskiej firmie GiGi Distribution. Jednakże uważni jazzfani szybko zorientują się, że choć mamy do czynienia z rynkowym debiutem, to za nowym logo kryje się dłuższy i, co więcej, istotny etap w historii jazzu ostatnich lat. Zanim bowiem pojawiła się Winter & Winter, przez wiele lat mogliśmy cieszyć się płytami innej niemieckiej firmy - JMT Records. Obie łączy postać producenta, Stefana Wintera, a co za tym idzie, również pewna konsekwencja stylistyczna i repertuarowa oraz sympatia do kilku muzyków jazzowego środowiska.
Żeby nie rozwodzić się nazbyt długo nad tym jak ważne są w jazzie dokonania Wintera, przytoczę jedynie kilka przykładów. Nie będzie błędem uważać, że to między innymi dzięki niemu mamy na srebrnych, a wcześniej także i na winylowych, krążkach zarejestrowane płyty młodych kreatorów ruchu M-Base Collective. U niego wydawali Steve Coleman, Greg Osby, Cassandra Wilson, Gary Thomas, zanim zainteresowały się nimi wielkie koncerny wydawnicze. Nie sposób pominąć faktu, że właśnie pod opiekuńczymi skrzydłami Wintera niemałą część swych dokonań popełnił saksofonista i lider własnych grup Tim Berne, który dzisiaj w wielu kręgach uchodzi za jednego z najciekawszych muzyków ostrzejszych odmian jazzowej ekspresji. Jednakże nie tylko nowe nurty i młodzi muzycy zajmowali uwagę Wintera. Znaczkiem JMT firmowane były płyty jednego z największych perkusistów jazzu, Paula Motiana. Wspomnijmy także zespół Tethered Moon z Gary Peacockiem na kontrabasie i japońskim pianistą Masabumi Kikuchi oraz Broadway Music, w którym przez lata spotykali się Charlie Haden, Bill Frisell oraz Joe Lovano, zapraszając nawet na jedną z sesji samego Lee Konitza.
Zadkładając JMT Winter już na wstępie zdecydował, że będzie to firma działająca poza głównymi nurtami jazzu, skupiająca się na zjawiskach nowych, niespokojnych, poszukujących takich rozwiązań artystycznych, które daleko wychodzą poza główny nurt jazzowego „środka” i nie boją się łączenia z muzyką, nazwijmy ją, klasyczną, współczesną. W katalogu pojawiają się takie nazwy, jak założone przez braxtonowskiego kontrabasistę Marka Dressera Trio Arcado oraz muzycy, o których dzisiaj wypowiadamy się z szacunkiem, a które w owym czasie nie były szerzej znane: Mark Feldman, Ernst Reijseger, Hank Roberts.
Oferta JMT rosła z roku na rok. Płyty otrzymywały znakomite oceny zarówno krytyków, jak i publiczności. Ze względu na artystyczny profil i stanowczość Wintera w nieuleganiu komercyjnej presji rynku, JMT nie osiągnęła handlowego sukcesu, ale udało się jej stworzyć coś o wiele bardziej ważnego i, jak się później okazało, znacznie bardziej trwałego. Wokół firmy zgromadzili się muzycy, których połączyła jakaś więź, myślowa wspólnota i niezwykła otwartość na muzykę w ogóle. Zawiązały się z czasem także muzyczne przyjaźnie, które przetrwały całe lata. Nawet, kiedy JMT została sprzedana do PolyGramu, muzycy pozostali sobie wierni.
Moment sprzedaży JMT to jednocześnie początek historii Winter & Winter. Nietrudno się domyślić, że za ulubionym producentem poszli także „jego” muzycy. Teraz, kiedy firma ma już za sobą rynkowy debiut i pozycję o wzrastającym znaczeniu, widać jak na dłoni, ile warte jest grono lojalnych przyjaciół. Lista nagrywanych przez Wintera muzyków bliźniaczo przypomina to, co pamiętać możemy z dawnych czasów. Jak ważne jest dla początkującej firmy, nawet jeżeli prowadzona jest ona przez sławnego producenta, zdobycie nazwisk wielkoformatowych nie jest tajemnicą. Udział muzyków sławnych, o ugruntowanej pozycji na scenie może być gwarancją zaistnienia na rynku.
Jako pierwsi w katalogu firmy Winter & Winter pojawili się właśnie tacy artyści. Dwie płyty zarejestrował wspominany już i związany z JMT Paul Motian. Pierwsza z nich nagrana została w trio z Joe Lovano i Billem Frisellem, druga zaś w składzie znacznie większym, z dwoma gitarzystami Kurtem Rosenwinklem i Bradem Shoeppachem, Chrisem Potterem i Chrisem Cheekiem na saksofonach tenorowych oraz Stevem Swallowem na gitarze basowej. Zaufanie wielkich muzyków stało się miarą zaufania publiczności. Pojawiały się następne płyty, choćby wspomnianego wcześniej Tima Berne’a. Jego zespół Big Satan, w skład którego weszli coraz bardziej znaczący w branży, francuski gitarzysta Marc Ducret oraz znakomity, nieco starszy i bardziej znany perkusista Tom Rainey, zaznaczył swoją obecność płytą bardzo odważną, oryginalną, przede wszystkim jednak niosącą potężną dawkę muzyki będącej rajem dla miłośników improwizacji zbiorowej. Udało się również zakontraktować Gary Thomasa z płytą „Found On Sordid Streets” oraz Tethered Moon z płytą „First Meeting”.
Takie były początki. Obecnie wszyscy wymienieni artyści mają już na koncie następne płyty nagrane dla Wintera, a do tego grona dołączył również Dave Douglas, którego kariera błyszczy coraz jaśniejszym światłem. W swej zasadniczej części katalog firmy Winter & Winter jest przedłużeniem i konsekwencją idei i pomysłów znanych z JMT. Ten pion wydawniczy w znacznej części jest poświęcony promowaniu i odkrywaniu kreatywnych odmian muzyki improwizowanej i nosi nazwę ARTIST EDITION. Nie wyczerpuje to jednak muzycznych zainteresowań Stefana Wintera.
O ile działalność na polu jazzowym była bardzo łatwa do przewidzenia, o tyle niemałym zaskoczeniem było wprowadzenie dwóch innych pionów wydawniczych, mianowicie BASIC EDITION oraz NEW EDITION. Pierwszy z nich zajmuje się szeroko pojętą muzyką klasyczną, obejmującą nie tylko wielkie dzieła takich znakomitości, jak Jan Sebastian Bach, Franciszek Szubert, Carl Orff czy Eric Satie, ale również wokalną polifonię Sardynii albo też tango. Stefan Winter wierzy, że ten rodzaj muzyki wymaga komentarza oraz wyjątkowo rzetelnej pracy muzykologicznej, historycznej i socjologicznej. Z wiary tej wypływa, jako naturalna konsekwencja, niezwykła staranność w opracowaniu zarówno strony brzmieniowej (nie mówię tu na razie o technicznej jakości samych nagrań), jak i zamieszczanie w dołączonych opisach informacji na temat atmosfery kulturowej, społecznej i artystycznej, w jakiej konkretne dzieła lub zjawiska powstawały. I tak, jeżeli weźmiemy do ręki np. Suity Bacha, to zanim usłyszymy cudowne dźwięki dzieł lipskiego kantora, możemy dowiedzieć się sporo o historii ich powstania, czasach, w jakich zostały skomponowane i jakie miejsce zajmowały jako forma muzyczna tamtych czasów. Zdaniem firmy istotne jest, aby dążyć także do jak największego zbliżenia się do wykonawczych praktyk konkretnej epoki. Nie przypadkiem więc interpretację suit Bacha powierzono muzykowi znanemu miedzy innymi z pracy w wybitnej grupie Il Giardino Armonico - Paolo Beschi, który, rzecz jasna, używa instrumentu z epoki. Taka sama sytuacja ma miejsce w przypadku obydwu płyt z muzyką Szuberta.
Wiarygodność i potrzeba bliskości kulturowym realiom zaprowadziła firmę prosto na wyspę Sardynia. Tam zarejestrowano utwory wokalne zachowane jedynie w formie przekazu ustnego. W związku z tym nagrania dokonali nie zawodowi śpiewacy, ale „zwyczajni” mieszkańcy sardyńskich wsi. Tak więc mamy tradycję tamtejszej pieśni zaprezentowaną przez ludzi, dla których śpiew to nie sposób zarobkowania, ale integralny element codzienności. Przykłady można by mnożyć. Przy każdym nagraniu, a jest ich do tej pory osiem, staranność i precyzja jest równie wielka.
Drugim, również zupełnie nowym przedsięwzięciem jest stworzenie tzw. NEW EDITION. Zachowując te same kryteria jeżeli chodzi o stronę informacyjną, NEW EDITION jest amboną dla wszelkich poczynań muzycznych mieszczących się pomiędzy Arnoldem Schönbergiem, a kompozytorami współczesnymi oraz specjalnych aranżacji i wykonań tak zwanej muzyki klasycznej. Pomysł ten powstał, jak sądzę, aby wyjść naprzeciw po pierwsze zamiłowaniu do muzyki współczesnej (nagrano dotychczas m.in. kompozycje Mauricio Kagela), po drugie zaś pewnym tendencjom w twórczości i rozwoju nagrywających dla firmy artystów jazzowych. Zainteresowanie jazzmanów dorobkiem muzyki klasycznej nie jest żadną nowością, niczego nowego do tematu nie wnosi również mierzenie się z tym repertuarem ani też jego inspiracyjna rola. Kiedy jednak dzieło jakiegoś wielkiego klasyka trafia na grunt nietuzinkowej i bardzo muzykalnej wyobraźni, mogą dziać się rzeczy niezwykłe, zaskakujące, a czasami nawet dość trudne do pojęcia. Tak stało się właśnie z rozpoczynającą serię płytą poświęconą Gustawowi Mahlerowi. „Gustav Mahler Primal Light” nie jest zwykłą interpretacją jakiegoś konkretnego dzieła Mahlera, ale rodzajem impresji dźwiękowej, powstałej jako ilustracja muzyczna do filmu o Mahlerze. Caine wykorzystał tu wyjściowy materiał, przefiltrowawszy go przez swoje własne artystyczne upodobania. Mieszają się w związku z tym najprzeróżniejsze pomysły czerpiące zarówno w prosty sposób ze źródła (Mahler), jak i z różnych odmian jazzu od fusion po free. W efekcie mamy do czynienia z bardzo intensywnym kolorystycznie i tematycznie obrazem muzycznym, który jednak przy całym swym eklektyzmie daje wrażenie dzieła bardzo spójnego tak pod względem koncepcji, jak i jej realizacji. Ten nieco bardziej szczegółowy opis konkretnej płyty ma na celu nie zrecenzowanie jej, lecz zobrazowanie tego, jakich wrażeń muzycznych spodziewać się można sięgając po płyty tej serii.
Oferta artystyczna firmy Winter & Winter jest więc, ze względu na wielokierunkowość, skierowana do potencjalnie szerokiego grona odbiorców. Można pokusić się o stwierdzenie, że każdy znajdzie tu coś dla siebie, o ile nie boi się aktywnie uczestniczyć w poznawaniu muzyki. Wszystkie dotychczas wydane płyty są jednak dziełami co najmniej wyrafinowanymi i wykluczają traktowanie ich w sposób pobieżny i nieuważny. Niezależnie od tego, w jakim obszarze stylistycznym się znajdują, są pozycjami nietuzinkowymi i daleko odbiegającymi od ofert znacznej większości innych firm. Owa rozpoznawalna od razu różnorodność kierunków muzycznych penetracji nie powoduje jednak wrażenia, że oto mamy do czynienia z firmą, która nie wie dokąd zmierza, albo szuka swojego miejsca na rynku płytowym. Niezwykle trudno to ująć słowami, ale po którąkolwiek płytę by nie sięgnąć, intuicyjnie można wyczuć, że jej koncepcja i dźwiękowa aura musiała powstać pod szyldem Winter & Winter.
Elitarność lub może raczej ekskluzywność projektów muzycznych firmy podkreślona jest poza tym bardzo starannie opracowaną szatą dźwiękową oraz niebanalną stroną graficzną. Najpierw dźwięk, ten bowiem jest o wiele ważniejszy. Otóż realizacja techniczna, jej reguły i procedury czy też wyjątkowe tajniki procesu nagraniowego nie są nigdzie ujawniane, poza oczywiście informacją o studiach nagraniowych. Nie ma żadnych informacji o użytych urządzeniach, nie ma więc najważniejszej dla audiofili żonglerki techniczną nomenklaturą. Firma jednak zapewnia, że wszystkie nagrania dokonywane są z taką samą pieczołowitością i dbałością o nawet najmniejsze szczegóły. Słuchając tych płyt można śmiało dać wiarę tym zapewnieniom, co ciekawe, dotyczy to również materiałów zarejestrowanych w warunkach koncertowych.
Eleganckiemu i bardzo wyważonemu brzmieniu towarzyszy podobna dbałość o wygląd gotowych opakowań. Przyznam szczerze, że spośród znanych mi do tej pory płyt, te od Wintera charakteryzują się nie tylko najbardziej oryginalną koncepcją graficzną, ale również i najbardziej eleganckim wyglądem. Całość opakowań jest wykonana z materiałów ekologicznych, to już chyba światowa tendencja.
W efekcie powstaje produkt wyjątkowy od początku do końca, bezkompromisowy w każdym aspekcie oraz intrygujący nie tylko niezwykłą muzyką, wspaniałym brzmieniem, ale również niebanalnym wyglądem. Biorąc pod uwagę staranność opracowania na każdym etapie cyklu produkcyjnego, Winter & Winter jawi się jako jedna z najciekawszych firm na rynku płytowym.


Maciej Karłowski

Płyty wytwórni Winter & Winter dostępne w ofercie GiGi Distribution

www.gigicd.com